ŚW. MARCIN
Owce idą za pasterzem. Nie pasterz idzie za owcami, aby je poganiać, nie pozwala im iść gdzie chcą, ale idzie jako pierwszy wyznaczając szlak, wyznaczając bezpieczną drogę. Dlaczego jeszcze owce idą ZA pasterzem? Ponieważ Go znają. Za obcym, za innym nie pójdą. Znają jego głos, zapach, wiedzą jak wygląda.

Dzisiejsza Ewangelia jest bardzo krótka, a jednocześnie bardzo wymowna. Chrystus nawiązuje do starego biblijnego motywu: pasterza i owiec. Izraelici nazywali Boga swoim Pasterzem, pasterzem, który prowadził ich do Ziemi obiecanej. Znamy też wszyscy psalm 23 Pan jest moim Pasterzem. Przed chwilą śpiewaliśmy: My ludem Pana i Jego owcami. To wszystko jest nam już bardzo dobrze znane. Nawet samo wyobrażenie pasterza i owiec budzi w nas ciepłe wyobrażenia.

I w tym wszystkim, co już wiemy, warto zobaczyć, że dzisiejsza krótka Ewangelia, zwraca naszą uwagę na podstawową prawdę. A mianowicie: Dobry Pasterz nie idzie za owcami, ale owce idą ZA pasterzem. Pasterz nie idzie za owcami, aby je poganiać, nie pozwala też im iść, gdzie chcą, ale idzie pierwszy, wyznaczając szlak, wyznaczając im bezpieczną drogę. A dlaczego jeszcze owce idą za pasterzem? Owce idą za pasterzem, ponieważ Go znają. Za obcym nie pójdą. Znają jego głos, zapach, wiedzą, jak wygląda. I można się nawet nieco zastanawiać, jak to jest, że całe stado owiec idzie po górach i dolinach, prowadzone tylko przez jednego pasterza? Owce to potrafią i rzeczywiście dobrze na tym wychodzą, a my, ludzie?

Czy w naszych czasach owce znają Jezusa, Dobrego Pasterza? Znają i nawet bardzo często chcą iść za Nim. Zresztą inaczej by nas tutaj w tej świątyni dzisiaj nie było. Ale patrzymy też z niepokojem, że przybywa takich, co już Chrystusa, Dobrego Pasterza nie znają. Wystarczy stanąć na ulicy i zadać przechodniom proste pytanie związane z Ewangelią, wiarą, i widać jak na dłoni, że są tacy, którzy nie znają ani Pasterza, ani jego owczarni.

Poszli za innymi pasterzami, którzy im naobiecywali, może nawet raj na ziemi, gdy na nich zagłosują, gdy będą myśleli tak, jak oni. Moje owce słuchają mego głosu, a Ja znam je. Idą one za Mną i Ja daję im życie wieczne. Wspaniała nagroda za wierność Jezusowi. Który z tych pseudopasterzy może zagwarantować swoim owcom życie wieczne? Za kilkanaście minut usłyszymy słowa: Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata. Pasterz, który sam staje się barankiem, ofiaruje swoje życie za owce, gładzi ich grzechy. Który inny pasterz tak potrafi?

Dzisiejsza niedziela Dobrego Pasterza rozpoczyna też tydzień modlitw o powołania. To kapłan każdego dnia trzyma w rękach Ciało Chrystusa i mówi: Oto Baranek Boży… Módlmy się zatem szczególnie dziś i w tym tygodniu za naszych kapłanów, polecajmy najpierw naszego Ojca Świętego, Franciszka, on sam zaraz po swoim wyborze na Stolicę Apostolską poprosił nas o modlitwę: A teraz pomódlcie się za mnie. Polecajmy w modlitwie naszych biskupów, Józefa, Adama, wczoraj mianowanego dla naszej diecezji biskupa pomocniczego Stanisława, aby dobrze kierowali naszą archidiecezją. Módlmy się też o nowe powołania kapłańskie, aby nie brakowało nam tych, którzy będą nas karmić Słowem Bożym i Najświętszym Ciałem Chrystusa.

Obyśmy wszyscy mogli iść za Jezusem Dobrym Pasterzem, a wtedy jak On sam mówi, nic nie wyrwie nas z ręki naszego Ojca, bo Pan jest naszym pasterzem. Amen.

    NIEDZIELA  -  26.04.2015  -  IV WIELKANOCNA
          08:00 Za + Michała Bastę w 4 rocznicę śmierci
          10:30 Dziękczynno błagalna o potrzebne łaski dla Doroty i Krzysztofa Nosal z okazji 30 rocznicy ślubu


     PONIEDZIAŁEK 27.04.2015  -  Dzień powszedni
          18:00 Za + ojca Zbigniewa Skalny oraz ++ dziadków Jana i Stanisława Skalny
                      i Szczepana Horochowskiego


     WTOREK  -  28.04.2015  -  Dzień powszedni
          18:00 Za ++ rodziców Emilię i Konstantego Pruchnickich

     ŚRODA  - 29.04.2015  -  Św. Katarzyny Sieneńskiej, dziewicy i doktora Kościoła, patronki Europy
          18:00 Za ++ rodziców z rodzin Sikorski i Jarmolonek

    CZWARTEK  -  30.04.2015  -  Dzień powszedni
          15:00 CHRZEST: Jan Iwo Pabjanek
          18:00 MSZA ŚW. SZKOLNA: Dziękczynno błagalna o potrzebne łaski dla Iwona i Piotra Wiercińskich
                      z okazji r. ślubu
                      - Spotkanie z rodzicami i dziećmi przygotowującymi się do I Komunii Świętej

    PIĄTEK  -  01.05.2015  -  Dzień powszedni
          18:00 NABOŻESTWO MAJOWE
                      MSZA ŚW. MŁODZIEŻOWA: Za ++ męża Józefa Merta i syna Henryka
                      - Spotkanie z kandydatami przygotowującymi się do sakramentu bierzmowania z klasy I i II

    SOBOTA  - 02.05.2015  -  UROCZYSTOŚĆ NMP, KRÓLOWEJ POLSKI, głównej patronki Polski
          08:00 Za + męża Stanisława Tokarczyk w 24 rocznicę śmierci
          09:00 Odwiedziny chorych i starszych Parafian
          16:00 CHRZEST: Michalina Wykurz

    NIEDZIELA  -  03.05.2015  -  V WIELKANOCNA
          08:00 Dziękczynno błagalna o potrzebne łaski w rodzinie Ewy i Leszka Marć
          10:30 Dziękczynno błagalna o potrzebne łaski dla dzieci i wnuków w rodzinie Pruchnicki
          15:00 NABOŻEŃSTWO MAJOWE
OGŁOSZENIA PARAFIALNE
 
NIEDZIELA DOBREGO PASTERZA
O WYCHOWANIU SŁÓW KILKA
O wychowaniu, formowaniu i ich znaczeniu dla pełni człowieczeństwa z o. Stanisławem Morgallą SJ rozmawia  ks. Piotr Wieczorek

W znaczeniu etymologicznym, wychowywać to wydobywać na zewnątrz (e-ducere) z człowieka jego prawdziwe Ja, to pomoc w odkryciu kim jest i jakie są jego najgłębsze motywacje. Jak Ojciec rozumie wychowanie?

Chyba J.J. Rouseux się tu kłania z jego nieumiarkowanym humanizmem. Ta definicja przypomina bowiem założeniami bardzo optymistyczną wizję człowieka, która podkreśla przede wszystkim pozytywny potencjał ludzkich możliwości. Dziś jest to znane bardziej pod chwytliwym hasłem samorealizacji człowieka. Mógłbym się nawet pod tym wstępnie podpisać, o ile nie sprowadzi się tego do filozofii leseferyzmu, z jego współczesną odmianą w postaci wychowania bezstresowego. Bo takie wychowanie jest owszem wyprowadzaniem, ale w pole.

Jednakże etymologia, o której mówiłem wcale nie wskazuje na aspekt tylko pozytywny. Mówimy o prawdziwym Ja i fundamentalnych motywacjach, nie przesądzamy, że są one głównie pozytywne...

Tak i nie. Gdyby ograniczyć się do samej etymologii, to trzeba by poprzestać na samej łacinie. Prawdziwe Ja czy motywacja, to pojęcia rodem z nowoczesnej psychologii, a w tej aktualnie panuje nadmierny optymizm. Skądinąd ten nadmierny optymizm jest pewnie powodem takiej popularności psychologii czy psychoterapii...

Czego zatem brakuje naszej definicji?

Realizmu. Człowiek jest nieco bardziej złożony i prócz pozytywnych możliwości, ma też i tendencje negatywne, a nawet autodestrukcyjne. Chrześcijaństwo przypomina nam, że człowiek rodzi się skażony grzechem pierworodnym i jest wewnętrznie podzielony: z jednej strony ma nieograniczone możliwości, z drugiej ciągle się potyka, zatrzymuje, a nawet cofa w rozwoju. Nie uwzględniać tego negatywnego wymiaru człowieka, to nie widzieć go w prawdzie, a tym samym źle wychowywać. Choć jestem optymistą w podejściu do człowieka, to jednak staram się mieć szczyptę tego - jak to się żartobliwie określa pesymistów - “dobrze poinformowanego optymizmu”.

Poza tym jako chrześcijanin jestem przekonany, że człowiek jest powołany nie tylko do realizowania własnych możliwości, ale do przekroczenia samego siebie, do otwarcia się na samego Boga i do wspólnoty z Nim.

To przekraczanie siebie, transcendowanie, wchodzi jeszcze, według Ojca, w zakres wychowania? A może to już kwestia formacji chrześcijańskiej?

A czy musimy oddzielać wychowanie od formacji chrześcijańskiej? Zazwyczaj tego nie robimy.Pierwszymi “wierszykami” jakich rodzice uczą dzieci na pamięć są zwykle krótkie modlitwy: znak krzyża, Aniele Boży, Stróżu mój itp. Choć dziecko nie od razu rozumie jak głębokie są to sprawy, to jednak od maleńkości uczy się odniesienia do Osób Boskich czy rzeczywistości niewidzialnych. Nie wyobrażam sobie wychowania dzieci, nawet w środowiskach ludzi niewierzących, bez odniesienia do jakiejś tajemnicy, do szukania czegoś głębszego. Poza tym przekraczanie siebie jest wpisane w naturę człowieka i nie dotyczy wymiaru tylko religijnego. Dzięki tej zdolności człowiek jest w stanie zadawać pytania i szukać na nie odpowiedzi. Zaś pytanie o Boga jest jakimś najwyższym wyrazem tej zdolności. Te rzeczy ściśle się więc łączą.

Jaki jest dzisiejszy model wychowywania w Polsce?

Nie wiem czy istnieje jakiś jeden model wychowania i nie chciałbym wypowiadać się na temat teoretycznych modeli. Na co dzień pracuję z młodzieżą, która wstępuje do seminariów i zakonów i tylko na tej podstawie mogę coś wnioskować nt. wychowania w Polsce. Dzisiejsza młodzież jest przede wszystkim bardziej spontaniczna i wyzwolona niż 15 czy 20 lat temu, kiedy sam byłem nastolatkiem. Nic dziwnego - od kilkunastu lat jesteśmy przecież wolni. Powiedziałbym nawet po staroświecku, że jest “źle wychowana”, bo swoimi postawami wykracza daleko poza reguły, które obowiązywały moje pokolenie. Podam przykład. Niedawno zaprzyjaźniony wychowawca w seminarium opowiadał mi, jak zwrócił uwagę jednemu z podopiecznych na to, że słucha zbyt głośno muzyki w pokoju. Dawniej taka uwaga spotkałaby się z pokornym przyjęciem, choć niekoniecznie od razu odniosłaby skutek. Mój przyjaciel w odpowiedzi usłyszał jednak nie pokorne przeprosiny, ale rodzaj zdziwienia: “Przyjmuję uwagę, ale nie wiem czy się dostosuję. Do tej pory przecież nikomu to nie przeszkadzało”. Przysłowiowe młode wino zawsze rozsadzało stare bukłaki, ale dla wychowawców zaskoczenie każdorazowo jest nowe. Trzeba szukać dla nich nowych bukłaków.

Jakie mają być te nowe bukłaki?

Prostych odpowiedzi nie ma. Może trzeba zawsze zaczynać od początku. Jezus opowiedział tę przypowieść w polemice z nauczycielami prawa sam stając się jednocześnie Mistrzem nowego prawa. Młodzi poszukują dziś - tak samo jak dawniej - mistrzów. Jednak nie odpowiada im już model mistrza, który jest i pozostaje niedościgłym ideałem. Są po prostu bardziej krytyczni niż starsze pokolenie i otwarcie nie wierzą w tzw. autorytety. A przynajmniej w autorytety oparte na władzy czy zajmowanym stanowisku. Bardziej imponuje im ktoś bliski, bezpośredni, ludzki, ktoś kompetentny, autentyczny, przejrzysty, nawet ktoś, kto się myli i czasem błądzi, ale potrafi się przyznać do tego. Szukają bardziej przyjaciela, przewodnika, świadka, a nie niezdobytej twierdzy czy chodzącej katedry wiedzy wszelakiej....

Ale czy wtedy nie grozi wychowawcy, że młodzi wejdą mu na głowę, zaczną kręcić filmy, na których będą go prowokować, wyśmiewać lub wprost niszczyć, jak to miało miejsce ostatnio w niektórych szkołach w Polsce?

Dużo zależy od samego wychowawcy: z jednej strony trzeba być elastycznym, ale z drugiej trzeba jasno i wyraźnie określać granice. I odważnie bronić tych granic. W rzeczywistości zakonnej czy seminaryjnej podobne ekscesy przydarzają się rzadko i mają charakter ukryty. Wyśmiewanie czy nawet szydzenie dzieje się za plecami wychowawcy, a z tym trudno walczyć. Jeśli jednak takie sprawy wychodzą na światło dzienne, to warto je podejmować jako temat do dyskusji i szukać źródeł takich postaw. Ale nie to jest najtrudniejsze. Według mnie bardziej niebezpieczny jest tzw. marazm, jak go barwnie określają młodzi. Tzn. ciągłe narzekanie na wszystkich i na wszystko, taki świat już nie tylko bez autorytetów, ale bez wartości. Za tym często kryje się pustka wewnętrzna, niezgoda na samego siebie, wewnętrzne zagubienie. Różne formy agresji są tylko zewnętrznym przejawem tego wewnętrznego pogubienia. Jeśli wychowawca przebije się przez ten mur złośliwości, cynizmu czy beznadziei, to dotrze do środka, gdzie zawsze znajdzie jakieś żywe i szczere serce. I tu już zaczyna się praca u podstaw. Żmudna, niewidoczna dla świata, często  męcząca, ale możliwa i dająca dobre owoce. Trzeba jednak być głęboko przekonanym, że można dotrzeć do każdego. Dobrze jest jeśli część tej pracy wykonali już rodzice czy nauczyciele, bo wtedy jest na czym budować. Zdarza się jednak, że trzeba budować prawie od zera.

No właśnie. Wydaje się, że za wychowanie w naturalny sposób odpowiedzialni są rodzice, jednak zauważamy tendencje do przenoszenia tej odpowiedzialności na szkołę, księży, wychowawców i nauczycieli...

Niestety, to już slogan, ale rodzina jest zagrożona. Jeśli już jest, to nierzadko naznaczona sporymi trudnościami, a nawet patologią. Uogólniając, na nizinach społecznych to alkoholizm rodziców, w górnych warstwach zaś ich nieobecność, spowodowana robieniem kariery, kręceniem biznesu czy zwyczajnie i bez winy wiązaniem końca z końcem. Rodziców nikt nie zastąpi! - o tym trzeba przypominać i wołać na dachach. Jeśli nie obronimy rodziny, to stracimy wszystko! A już straciliśmy dużo. Dzisiaj rodziców nie zastępuje już - jak to sugeruje Ksiądz w pytaniu - szkoła czy Kościół. Zastępują ich media, a te nie są przyjazne wychowaniu. Przede wszystkim dlatego, że nie są w stanie zastąpić żywej osoby, która w wychowaniu jest najważniejsza. Mamiący obrazami telewizor, śpiewające radio, kuszący i uzależniający komputer to dziś nieodłączni towarzysze dzieciństwa i młodości, zresztą bardzo wygodni dla zajętych rodziców. A w kontakcie z nimi młodzi nie tworzą więzi międzyludzkich, ale zamykają się w sobie i skupiają na własnych doznaniach i przeżyciach. Tworzą sobie wewnętrzny świat, do którego nikt nie ma dostępu. I ten świat nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością i z innymi ludźmi. To tam rodzi się frustracja, agresja i pustka egzystencjalna.

Jaki wpływ takie podejście do kwestii wychowania dzieci i młodzieży może mieć na ich przyszłość przeżywaną w małżeństwie i rodzinie?

Brak głębokich więzi z rodzicami zawsze skutkuje sporymi trudnościami w relacjach z innymi ludźmi, a to przekłada się z kolei na niepokojące zjawiska w społeczeństwie. Socjologowie opisują to eleganckim określeniem - transformacja demograficzna - i mierzą ją spadkiem proporcji zawierania małżeństw, wzrostem wieku przy pierwszym małżeństwie, wzrostem liczby rozwodów i wolnych związków, spadkiem płodności przy większej płodności pozamałżeńskiej, oraz wzrostem liczby bezdzietnych związków. Za tymi zjawiskami stoją jednak żywi ludzi, którzy obawiają się ostatecznych decyzji i przyszłości, są niepewni siebie i innych. I tę niepewność wynieśli z własnych rodzin. Dlatego wolą poczekać, popróbować, sprawdzić się... Ale upływ czasu tu nic nie zmienia. Patrząc na dzieci z tzw. rodzin patologicznych, to ja się nawet nie dziwię: jeśli ktoś z domu wyniósł sartrowiskie przekonanie, że “drugi to piekło”, to potem nie chce sam sobie takiego piekła fundować na ziemi. To logiczne. Ale coraz więcej podobnych postaw wynika z wygody i hedonizmu. Instytucje małżeństwa czy rodziny są postrzegane jako synonim zła, jako pułapka dla własnych ambicji, pragnień i wspomnianej samorealizacji. Stąd po części bierze się takie liberalne podejście do nich w świecie zachodnim, a powoli także u nas.

Jak zatem temu zaradzić?

Odkryć na nowo małżeństwo i rodzinę, bo są to wartości zawsze prawdziwe. Odkryć na nowo wartość trudu, poświęcenia, a nawet cierpienia. Modne jest dziś utyskiwanie na zranienia z dzieciństwa, na nieudolność rodziców itd. Ale nie oszukujmy się - nie ma idealnych rodziców. I nowe pokolenie też ich nie przyniesie. Nikt też nie oczekuje, by byli idealni. Znany angielski psycholog i pediatra Donald Winnicott twierdził, że wystarczy by matka była “wystarczająco dobra” (“good enought”), a dziecko będzie się prawidłowo rozwijać. Jej braki choć frustrują dziecko są jednocześnie okazją do odkrycia jaki naprawdę jest ten świat - pełen blasków i cieni, radości i smutków - i do godzenia tych radykalnie odmiennych doświadczeń w formie życiowych syntez. Gdyby rodzice byli idealni i stworzyli dzieciom raj na ziemi, to uczyniliby z nich istoty zależne i bierne. A to byłoby gorsze od tych zranień. Ludzie wychowani przez media kierują się w życiu dość infantylnymi kategoriami i nie potrafią godzić przeciwieństw. Jeśli coś jest przyjemne, sympatyczne, ładne to jest dobre. Jeśli jest przykre, wymagające, brzydkie to jest złe. I dobro i zło tak pojmowane z powodzeniem zastępują kategorie moralne. Prosta ilustracja z mojej praktyki duszpasterskiej. Wydaje mi się, że problem współżycia przedmałżeńskiego powoli przestaje być dla wielu kwestią etyczną, a staje się coraz bardziej sprawą estetyki. Choć jeszcze pamiętają, że Kościół zakazuje tych praktyk, to jednak już nie zawsze potrafią powiedzieć dlaczego. Coraz częściej natomiast tłumaczą się argumentami, które przekazały im media lansujące seks jako integralną część chodzenia ze sobą. Trudno jest polemizować z naiwnymi stwierdzeniami w stylu: Co złego jest w tym, że się kochamy i okazujemy sobie miłość? Biblijne - “Nie cudzołóż!” - nie trafia. To zupełnie inny poziom i nie ta bajką, którą widzieli w TV.

Czym się będą charakteryzowali tak wychowani ludzie podejmujący życie konsekrowane lub kapłańskie?

Od strony negatywnej będą mieli jak ich rówieśnicy w świecie, trudności w podjęciu decyzji na całe życie. Już dziś w gronie formatorów mówimy nieco żartobliwie o “powołaniu czasowym”, tj. o powołaniu do życia zakonnego lub nawet kapłańskiego, ale tylko na pewien czas, dopóki nie odkryje się wartości jakiegoś innego powołania, też oczywiście czasowego. Takie podejście nie mieści się w logice Bożej, bo przecież Bóg nie daje powołania do życia konsekrowanego, jak biletu do wojska, tylko na kilka lat. Bóg powołuje na całe życie, co oczywiście nie zwalnia z trudu osobistego rozwoju i nieustannego rozeznawania. Od strony pozytywnej jednak młodzi mają szansę na życie, które będzie o wiele czystszym i bardziej autentycznym świadectwem życia dla Królestwa Bożego. Nie będzie już bowiem tylu podpórek w rodzaju nadmiernego prestiżu społecznego czy jakichś osobistych gratyfikacji. Społeczeństwo stało się bardziej krytyczne wobec duchowieństwa, a Kościół przestał być atrakcyjnym miejscem do robienia kariery osobistej. Na tle ponowoczesnego świata życie dla Boga będzie bardziej widoczne.

Jest Ojciec współzałożycielem i prowadzi “Szkołę Formatorów”, która przygotowuje księży i siostry zakonne do pracy w formacji. Jak “Szkoła” przysposabia swoich uczestników do posługi wychowawczej?

Wychodzimy od bardzo prostej zasady: kto chce formować innych sam najpierw musi poddać się formacji. Brzmi to może nieco dziwnie w odniesieniu do naszych studentów, bo najczęściej są to osoby już dojrzałe, w wieku 25-35 lat, które przeszły podstawową formację we własnych zakonach lub seminariach, ale zaraz to wyjaśnię. Naszym zdaniem w formacji decydująca jest nie jakaś konkretna metoda czy wizja, ale żywa osoba formatora. Wychowujemy bowiem nie słowem czy językiem, ale prawdą - tj. tym kim sami jesteśmy. Dlatego warunkiem przyjęcia do naszej szkoły jest nie tylko przejście dość ostrej weryfikacji poprzez długie rozmowy i testy psychologiczne, ale uprzedni rok tzw. kolokwiów wzrostu. Kolokwia wzrostu są rodzajem intensywnej terapii indywidualnej, którą każdy student lub studentka przechodzi z jednym z prowadzących Szkołę. W tak bezpośredniej konfrontacji z osobą możemy się przekonać, czy ktoś jest w stanie sprostać wymogom dzisiejszej formacji: czy ma wystarczająco mocną i zdrową osobowość, czy sam żyje autentycznie wartościami powołania chrześcijańskiego, czy jest zdolny do zmiany samego siebie, do empatii względem innych, do cierpliwości itd. A tu wiek nie ma specjalnego znaczenia, nawet lepiej jak się wyszło z etapu szeroko pojętego dojrzewania. Kładziemy przede wszystkim akcent na praktyczne przygotowanie, a dopiero w drugim rzędzie na teorię. Przygotowanie teoretyczne też jest solidne - przez trzy kolejne lata w czasie wakacji letnich spotykamy się, by wspólnie studiować zagadnienia z różnych dziedzin dotyczących wychowania - od antropologii chrześcijańskiej zaczynając, poprzez różne działy psychologii a nawet psychopatologii idąc, a kończąc na kierownictwie duchowym i duchowości.

Zasadniczą, praktyczną metodą pracy w prowadzonej przez Ojca szkole jest specyficzny rodzaj dialogu zwany kolokwiami wzrostu. Skąd płynie zastosowanie takiej metody - dialogu? Jaka jest jego skuteczność?

Kolokwia są metodą wypracowaną przez Instytut Psychologii na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. Wszyscy wykładowcy Szkoły najpierw sami studiując w Instytucie przeszli takie kilkuletnie kolokwia, a następnie przez wiele lat je praktykowali. Czy ta metoda jest skuteczna? Najlepiej byłoby pytać naszych studentów. Mogę z całą pewnością powiedzieć, że dla zdecydowanej większości z nich kolokwia są dużym pozytywnym zaskoczeniem i nowym doświadczeniem.

Często wiąże się to z ponownym odkryciem samych siebie, z nową pogłębioną lekturą własnej historii życia i powołania. Nierzadko kolokwia są okazją powrotu do trudnych i bolesnych spraw z przeszłości, do tych tzw. zranień. Jest to możliwe dzięki życzliwej i czujnej obecności osoby towarzyszącej, która dzięki wiedzy i kompetencji psychoterapeutycznej pozwala odważniej spojrzeć w oczy dawnym lękom i docenić samych siebie. Jak samemu się takiej pomocy doświadczyło, to potem z większym przekonaniem taką pomocą się służy innym. My jesteśmy pokoleniem, które już sporo wie o psychologii i osłuchało się z jej językiem. Wiedza a praktyka psychologiczna to jednak dwa światy. Np. wszyscy rozumiemy co to znaczy, że ktoś projektuje swoje uczucia na innych, ale przyłapać na tym samego siebie lub osoby z najbliższego otoczenia, to zupełnie nowa jakość. Relacja wychowawca-wychowanek jest relacją bardzo intensywną i wielowymiarową. W jej ramach występują przeróżne zjawiska psychiczne, które wypada nie tylko znać teoretycznie, ale dostrzegać w życiu, rozumieć i wykorzystywać, bo inaczej - przy całej dobrej woli - pada się nieświadomie ich ofiarą. A nie jest łatwo zyskać czy wyćwiczyć sobie takie głębokie spojrzenie - to wymaga praktyki i mozolnej pracy. Temu też m.in. służą kolokwia. Tradycyjnie miejsce tej wiedzy czy umiejętności zastępował intuicja czy tzw. zdrowy rozum oraz ramy określone regulaminem czy regułą zakonną. Ale dziś to nie wystarcza. Jak już wspomniałem zachowanie młodych dzisiaj rozsadza te ramy, a nawet przeczy zdrowemu rozsądkowi. Można się na to oburzać, a nawet obrażać, ale warto przyjąć postawę bardziej dojrzałą i próbować rozumieć, analizować i wyciągać wnioski. Zdrowy rozum nie jest przecież szczytem osiągnięć ludzkiej wiedzy, a reguły czy regulaminy ciągle się zmieniają i powinny być dostosowywane do nowych czasów.
BOSKIE SŁOWA
1. Świętujemy dziś IV Niedzielę Wielkanocną, Niedzielę Dobrego Pasterza.

2. Dzisiaj kolejna wpłata na remonty i inwestycje przy Parafii.

3. Do sakramentu pokuty zapraszam od poniedziałku do soboty, 30 minut przed rozpoczęciem Mszy św.

4. W tym tygodniu pierwszy piątek i sobota miesiąca. Modlitwą obejmijmy kapłanów i naszą Parafię.

5. W piątek pierwsze nabożeństwo majowe. Dzieci w tym roku otrzymają naklejki i plakat z wizerunkiem
     Matki Bożej z Guadalupe. Serdecznie wszystkich zapraszam.

6. W sobotę troje naszych kandydatów przyjęło sakrament bierzmowania. Gabriela Grubiak, Cezary
     Janoszek i Jacek Szul proszą wszystkich Parafian o modlitwę. W piątek, na Mszy św. młodzieżowej, ci
      kandydaci podziękują za udzielony im sakrament.

7. W zakrystii można nabyć Gościa Niedzielnego. W dzisiejszym numerze polecam obejrzeć zdjęcia Jana
     Pawła II z wycieczek górskich, których do tej pory nikt jeszcze nie oglądał.

8. Od poniedziałku Firma z Burgrabic rozpoczęła prace wokół kościoła nad dalszą częścią chodnika. Prace
     potrwają jeszcze dwa tygodnie. Żeby zbytnio nie przeciągać budowy, a plac kościelny nie stał się
     trwającym w nieskończoność placem budowy Parafia pożyczyła 28 tys. na sfinalizowanie całości prac. Za
    dwa tygodnie przedstawię szczegółowy bilans wykonanych prac, na co wydana została każda złotówka.

9. Do sprzątania kościoła zapraszam rodziny od n-ru  148 - P. Kowalik do n-ru 156 - P. Michulec. Dziękuję
     rodzinom od nru 139 - 145 za posprzątanie świątyni.

10. Zapowiedzi: Rafał Korytkowski (Bodzanów) i Iwona Kalińska (Stary Las) - zapowiedź pierwsza.






Ks. Mariusz Śliwa
Rozmawiał ks. Piotr Wieczorek

Zeszyty Formacji Duchowej  nr 25 Kraków 2004
PANORAMA KOŚCIOŁA
OGŁOSZENIA PARAFIALNE
GALERIA ZDJĘĆ
PARAFIA STARY LAS 2011-2015  WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE