ŚW. MARCIN
Jest rzeczą bezsporną, że nie można pisać o Kościele rzymskokatolickim bez uwzględnienia jego dziejów na tle historii politycznej Europy. Tak samo wiele wydarzeń, procesów i zjawisk byłoby nie zrozumiałych bez znajomości historii, celów i dążeń papiestwa, które współcześnie symbolizuje państwo Watykan. Zanim jednak pojawiło się na mapie Europy, przechodziło rozmaite zawirowania polityczno-terytorialne, co sprawia, że historia dzisiejszego Watykanu, zajmującego niewielki obszar, otoczony ze wszystkich stron terytorium Państwa Włoskiego jest niezmiernie interesująca i stosunkowo mało znana szerszej publiczności.

Miasto Papieża
W dniu 11 lutego 1929 roku z chwilą podpisania na Lateranie ugody znanej pod nazwą Traktatu Laterańskiego powołano do istnienia Państwo-Miasto Watykańskie (po włosku: Stato della Citta del Vaticano), które jest eksterytorialne, suwerenne a symbolizuje je żółto-biała flaga z tiarą i kluczami papieskimi, powiewająca na kopule katedry św. Piotra. Wraz z początkiem wskrzeszenia "Państwa Kościelnego" zastanawiano się nad nadaniem mu nazwy "Miasto Papieża". Po ukonstytuowaniu się nowego państwa i ustanowieniu właściwej nazwy, w wielu środowiskach podjęto dyskusję, co rozumiemy pod pojęciem "Watykan".

Przyjmuje się, że termin "Watykan" używa się podkreślając najwyższą, kierowniczą i polityczną władzę w Kościele rzymskokatolickim uwzględniając przy tym czynniki materialne leżące u podstaw tej władzy. Nazwę przyjęto w języku politycznym i w obszarze prawa, gdzie spełnia rolę posiłkową bądź redakcyjną, natomiast najczęściej używana jest w języku potocznym. W mediach nazwa państwa Watykan a Stolica Apostolska jest z reguły stosowana wymiennie. W polskiej literaturze odnajdujemy określenie "Miasto Watykańskie". W doktrynie radzieckiej przez cały okres panowania reżimu komunistycznego w Europie Środkowo-Wschodniej stosowano termin "Watykan".

Instytucja bez terytorialna
Należy uściślić, że nazwa "Stolica Apostolska" oznacza umiejscowienie centrum zarządzającego państwem a przede wszystkim Kościołem katolickim. W prawie międzynarodowym oznacza instytucję bez terytorialną, ale uwzględniającą naturę prawną tej instytucji z jej strukturą organizacyjną, kompetencjami, zadaniami i ponadczasowymi celami. Taka interpretacja powoduje, że mini Państwo Watykańskie nie może być całkowicie utożsamiane ze Stolicą Apostolską, albowiem ich status prawno-międzynarodowy różni się zdecydowanie. W zapisach Traktatu Laterańskiego zagwarantowano i podkreślono pełną suwerenność Watykanu na polu międzynarodowym oraz przyznano wyłączną i całkowitą władzę w tym władzę sądowniczą.

Od dawna jednak co najmniej od upadku Państwa Kościelnego (1870r.) prowadzone były dyskusje dotyczące problemu, czy Stolica Apostolska może być podmiotem prawa międzynarodowego. Podpisanie Układów Luterańskich przez Piusa XI i Benito Mussoliniego nie ucięło tej dyskusji. A przecież bogata i burzliwa historia tego skrawka ziemi o obszarze 44 hektarów potwierdza oczywiste fakty.

Nomenklatura kościelna
Wraz z pojawieniem się Państwa Watykańskiego podjęto inny problem, czy jest jeden podmiot prawa międzynarodowego (Stolica Apostolska) czy dwa (Stolica Apostolska i Państwo Watykańskie). W nomenklaturze kościelnej sprawa jest oczywista, używa się tam trzech określeń na oznaczenie władz Kościoła katolickiego: Stolica Apostolska, Kuria Rzymska i Watykan. Dla Stolicy Świętej w sposób naturalny w dziejach Watykanu sprawy kościelno-religijne zespoliły się trwale z polityczno-państwowymi a określenia Stolica Apostolska czy Stolica Święta są przyjmowane i używane w prawie międzynarodowym i pismach urzędowych. W prawie międzynarodowym uznaje się, że z chwilą utworzenia Państwa - Miasta Watykan i uzyskaniu przez niego określonego terytorium, to zgodnie z postanowieniami Traktatu, znajduje się tylko i wyłącznie pod suwerennością Stolicy Apostolskiej. Ponadto Stolica Apostolska posiadając na mocy Traktatu atrybuty państwowości, może dodatkowo występować w postaci Państwa-Miasta Watykan.

Ta dwoistość została zaakceptowana i przyznano Stolicy Apostolskiej możliwość występowania w stosunkach międzynarodowych wedle uznania. Można powiedzieć, że Stolica Apostolska ma swoją siedzibę na terenie Państwa Watykańskiego, które niezaprzeczalnie wyposażone jest w atrybuty państwa świeckiego oraz, że współistnieją na zasadzie unii organicznej.

Co drugi mieszkaniec Watykanu jest dyplomatą
Sprawa zatem wydaje się wyjaśniona. Specyfika układu politycznego Watykanu polega na służebnej roli wobec Stolicy Apostolskiej. Jednak dualizm ten nie dla wszystkich jest jasny. Z jednej strony jako Stolica Apostolska jest siedzibą papieża i władz centralnych instancji Kościoła rzymskokatolickiego (obejmuje papieża oraz kongregacje, trybunały i urzędy), posiada XX wiekową tradycję dyplomatyczną, ale z drugiej jednak strony to Watykan posiada instytucje potrzebne do funkcjonowania państwa, działają urzędy, sąd, poczta, dworzec kolejowy, rozgłośnia radiowa i uniwersytety.

Na terenie państwa obowiązują paszporty watykańskie lub dyplomatyczne. Można powiedzieć, że prawie co drugi mieszkaniec Watykanu jest dyplomatą lub należy do najbliższej jego rodziny. Jako podmiot prawa międzynarodowego Państwo Watykańskie posiada sieć placówek dyplomatycznych, miniaturową armię i nawet więzienie. Dzisiaj Stolica Apostolska utrzymuje stosunki dyplomatyczne z co najmniej 177 państwami, wliczając w to specjalne Traktaty z Rosją i Organizacją Wyzwolenia Palestyny. Tradycją jest wysyłanie do Watykanu swoich przedstawicieli w tym reprezentantów takich organizacji jak: ONZ, UNICEF, UNICEF i UNESCO.


Jest i konstytucja
To oryginalne państwo posiada oczywiście konstytucję. W dniu, kiedy ratyfikowano Układy Luterańskie, organ urzędowy Stolicy Apostolskiej, opublikował ustawy konstytucyjne nowego państwa. Teksty te podpisał suweren Pius XI. Stanowiły ustawę zasadniczą, istotny dokument określający źródła prawa, ustawy, rozporządzenia dotyczące organizacji administracji, gospodarki, bezpieczeństwa publicznego itd. Sprzyjały one utrwaleniu i poprawieniu funkcjonowania państwa papieskiego.

W państwie tym w randze konstytucji występuje Kodeks Prawa Kanonicznego ogłoszony 27 maja 1917 roku przez Benedykta XV, zapewniający stabilizację życia kościelnego, uznawany w konkordatach za fundamentalne prawo Kościoła. Jest to główne źródło prawa, zarówno dla Stolicy Apostolskiej jak też w Citta del Vaticano. Za Spiżową Bramą określano  ten zbiór przepisów łacińskim mianem lex fundamentalis (ustawa zasadnicza). Kodeks ulegał przeobrażeniom dostosowując się do ducha czasów najnowszych pozostając niezbędnym dla odwoływania się do obowiązujących przepisów, na mocy, których działa rzymskokatolicka instytucja kościelna.

W latach  sześćdziesiątych papież Jan XXIII ogłosił decyzję poddania innowacjom, dostosowania a nawet opracowania nowego kodeksu prawa kanonicznego. Zaczęto poszukiwać odpowiedzi: jak to wpłynie na podstawy teologiczne całego przedsięwzięcia, i czy istotę i strukturę Kościoła można określić i zdefiniować prawnie? W celu rozwiania wątpliwości, podjęto w środowisku rzymskich kurialistów i ideologów ożywioną dyskusję, w rezultacie której, projekt ten nie został uchwalony i poddano go ponownemu przepracowaniu. Oczywistym jest, że lex fundamentalis Państwa Watykańskiego, tak ważny dokument, który reguluje pod względem jurydycznym życie wewnątrzkościelne oraz skupia centralne ogniwa zarządzające Kościołem powszechnym nie powinien być uchwalony zbyt szybko, co w rzeczywistości kościelnej oznaczało wiele lat pracy nad treścią dokumentu.

Spojrzeć w przeszłość...
W latach siedemdziesiątych przyszedł czas na gruntowne przeobrażenie poprzednich kodeksów kanonicznych wychodzących ze świata "konstantyńskiego" na przełożenie ich na współczesne, przypieczętowujące nową rolę Stolicy Apostolskiej jako ośrodka struktur teokratycznych, ale jednocześnie kościelno-politycznych. Promulgowanie w 1983 roku przez Jana Pawła II nowego lex fudamentalis było wyraźną innowacją, jedną z wielu z wprowadzonych do Kościoła rzymskokatolickiego pod wpływem Vatikanum II. Miały one bezpośrednie przełożenie i niewątpliwy wpływ na życie Kościoła i prowadzone przez niego poszczególne kierunki polityki globalnej i co się z tym łączy całego Państwa Watykańskiego. Aby uświadomić sobie, czym jest współczesne centrum sprawujące pieczę nad miliardem katolików rozsianych po całym świecie, należy uważnie prześledzić jego losy, słowem spojrzeć w przeszłość…
Do proboszcza zgłasza się para z prośbą o chrzest dziecka. W toku rozmowy okazuje się, że kobieta i mężczyzna żyją w związku cywilnym, ale nie zamierzają brać ślubu kościelnego, bo nie są pewni dożywotniej trwałości swojego związku. Nie chodzą też do kościoła ani w niedzielę, ani w święta i nie modlą się, ale na pytanie, czy są w stanie zapewnić chrześcijańskie wychowanie dziecku (bo taki obowiązek z założenia przyjmują na siebie rodzice proszący Kościół o chrzest dla dziecka), odpowiadają: „Oczywiście!”.

Inny przykład: do księdza zgłasza się ojciec, który prosi o bierzmowanie dla swojego syna. W rozmowie okazuje się, że kandydat na dojrzałego chrześcijanina w ogóle nie uczestniczył w przygotowaniach do sakramentu. Dla ojca nie stanowi to jednak żadnego problemu, może przecież złożyć stosowną ofiarę, aby ksiądz przymknął oko na „biurokratyczne obostrzenia”, i bardzo się dziwi, kiedy ten okazuje się „na tyle nieżyciowy”, że odmawia.

To tylko dwa przykłady formalistycznego potraktowania podstawowych sakramentów inicjacji chrześcijańskiej, które w założeniu mają dawać nie tylko stosowne zaświadczenie uprawniające w przyszłości do innych kościelnych „świadczeń religijnych”, ale przynoszą nowe życie w Chrystusie i moc Ducha Świętego do mężnego wyznawania wiary w życiu dorosłym. Jednak kto by dzisiaj w to jeszcze wierzył...

Dlaczego jestem wierzący?

Jeszcze do niedawna chrześcijaństwo w Polsce było bardzo silnie umocowane kulturowo i społecznie. Nawet w PRL-u, mimo oficjalnej instytucjonalnej i ideologicznej walki z religią, Kościół cieszył się w miarę powszechnym szacunkiem, a jego wrogowie musieli liczyć się z jego siłą.

U podstaw tej kulturowej potęgi był fakt, że w bardziej tradycyjnych regionach samo niechodzenie do kościoła w niedzielę było postrzegane jako pewna anomalia. Podobnie było z brakiem zachowywania tradycyjnych standardów moralnych. Przykładowo: rozwód i powtórny związek cywilny traktowane były jako oczywiste moralne wykroczenie i zaburzenie w relacjach społecznych, tak też postrzegano wspólne mieszkanie par bez ślubu. Natomiast za obowiązującą normę uważano małżeństwo i to niemal wyłącznie zawarte w kościele.

Kiedy w tamtych realiach społecznych zapytano by przeciętnego katolika, dlaczego jest wierzący, najczęstszą odpowiedzią byłoby powołanie się na ciągłość kulturową: „Jestem wierzący, ponieważ mój dziadek był wierzący, mój ojciec był wierzący i cała moja rodzina była wierząca...”. Taka odpowiedź wynikała stąd, że w tamtych czasach rodzina była podstawowym miejscem kulturowego przekazu religijnej tradycji. W rodzinach uczono dzieci, że chodzenie do kościoła w niedzielę jest nie tylko normą wynikającą z trzeciego przykazania Dekalogu, ale i obowiązującym standardem społecznym. Religijne obchodzenie wielkich świąt również było oczywiste.

Miało to oczywiście swoje dobre strony, bo silny kulturowo katolicyzm sprzyjał wielu pozytywnym zachowaniom moralnym, kulturowym i społecznym. Pewnych rzeczy po prostu nie wypadało robić, kiedy większość lokalnej społeczności wyznawała podobne wartości.

W takich warunkach mogła się jednak rodzić również negatywna tendencja, aby chrześcijaństwo sprowadzać raczej do wyznawania pewnych uniwersalnych idei i zasad, niż widzieć w nim osobistą relację z Osobą Jezusa Chrystusa. Tam bowiem, gdzie istnieje wiara silnie uwarunkowana kulturowo, część ludzi niejako zwalnia się od osobistego poszukiwania Boga i relacji z Nim, bo wydaje się im, że wystarczy, jeśli w tej dziedzinie poniesie ich wspólnota. Stąd w takich środowiskach zdarzało się, że słabsze było intelektualne pogłębienie prawd wiary.

Właściwie o wierze niewiele rozmawiało się prywatnie, a gdy ktoś chciał o coś zapytać, zawsze można było odesłać go do księdza albo pozostawiano to zinstytucjonalizowanej katechezie, co odsłaniało pewien słaby punkt takiej religijności, bo siła jej powiązań społecznych sprawiała, że wiele osób niejako zwalniało się z osobistej odpowiedzialności za rozwój swojej wiary. W skrajnych przypadkach była ona bardziej związana z pewnymi bezrefleksyjnie praktykowanymi rytuałami niż z osobistym poszukiwaniem fundamentu, na którym chciałoby się oprzeć własne życie duchowe. Tak rodził się kolejny problem: dość powszechne przekonanie, że chrześcijaństwo praktykuje się w Kościele za pomocą specjalnie do tego przeznaczonych służb, a osobiste życie codzienne jest odległe od sfery sacrum i może biec własnym, „świeckim” nurtem.

Mimo to przekonanie o potrzebie wierności tradycji katolickiej w wielu środowiskach było zjawiskiem powszechnym. Nic więc dziwnego, że ten model religijności, nieraz nazywanej ludową albo masową, był bardzo ceniony, np. przez ks. prymasa Stefana Wyszyńskiego. Był bowiem m.in. pomocny w publicznej manifestacji przywiązania narodu do wiary i Kościoła. Peregrynacja obrazu Matki Bożej Częstochowskiej gromadziła tłumy wiernych, co z kolei - w realiach komunistycznych - było także manifestacją siły Kościoła w Polsce. Kiedy w czasach kryzysu wiary na Zachodzie tamtejsi biskupi pytali Prymasa Tysiąclecia: Co wy robicie, że macie pełne kościoły wiernych? Ten odpowiadał: Po prostu, bijemy w dzwony i przychodzą... I był to dobry obraz siły polskiego masowego katolicyzmu.

Taki styl religijności dosyć dobrze sprawdzał się w sytuacji, kiedy społeczeństwo stanowiło pewien kulturowy monolit. Do niedawna było tak w naszym kraju, gdzie katolicyzm jest silnie powiązany z tradycją narodową. Można nawet powiedzieć, że odegrał on ogromnie pozytywną rolę, spajając społeczeństwo w sytuacji braku państwowości pod zaborami, a potem w czasach ułomnej państwowości za komuny i podporządkowania państwa sowieckiej dominacji. Wtedy skutecznie przechowywał i wspierał dążenia narodowowyzwoleńcze.

W czasach kulturowego przełomu

Od ponad dwudziestu lat żyjemy jednak w zmieniającej się sytuacji, na którą wpływa bardzo wiele czynników. Po pierwsze, po upadku komuny Kościół przez wiele środowisk politycznych, także dawnych opozycyjnych, zwłaszcza o lewicowo-liberalnej proweniencji, zaczął być traktowany jako konkurent do władzy politycznej. Stąd zaczęły się ataki medialne, a to na stan jego posiadania, a to na głoszone przez niego zasady itp. Atakom tym trudno było się oprzeć, zwłaszcza przy braku masowych kościelnych mediów, które potrafiłyby równoważyć dominującą w znacznej części społeczeństwa narrację.

Po drugie, wolny rynek sprawił, że namnożyło się podmiotów, które wszelkimi metodami zaczęły dążyć do tego, żeby przyciągnąć uwagę klienta do swojej oferty, czy to w postaci produktu natury materialnej, czy na poziomie pewnych idei. Oferta ta często jest konkurencyjna dla Kościoła. Pierwszy przypadek dobrze obrazuje niedzielny handel w galeriach handlowych i hipermarketach, a drugi - np. promowanie in vitro jako podstawowej metody wspierania prokreacji, za czym pewnie najbardziej lobbują środowiska medyczne, które dobrze na niej zarabiają.

Wszystko to sprawia, że potrzeba coraz więcej energii, aby na takim wolnym rynku idei w sposób atrakcyjny i skuteczny „promować” ewangeliczną ofertę Kościoła.

Wreszcie do tego dochodzi kryzys więzi rodzinnych, indywidualizm i konsumpcyjny styl życia, który sprawia, że dobra materialne wydają się bardziej atrakcyjne niż dobra duchowe. Prowadzi to w konsekwencji do kryzysu religijności silnie umocowanej kulturowo. Coraz większe trudności, przy braku jej należytego pogłębienia, zaczynają odsłaniać pewne niedostatki tej formacji, zwłaszcza w sytuacji, kiedy Kościół przestaje być już jedyną silną alternatywą społeczną (jak było w czasach komuny), a społeczeństwo zaczynają przenikać różnorakie, nieraz sprzeczne ze sobą, prądy intelektualne i kulturowe, co w sytuacji wolnego kraju i pluralistycznego społeczeństwa jest sprawą naturalną.

W takich realiach argument, że wierzę, ponieważ mój ojciec wierzył, może już nie wystarczać. Z jednej strony nie wytrzymuje naporu tempa zmian i współczesnego kultu nowoczesności (mój ojciec nie używał Internetu, a ja używam!), a z drugiej nie stanowi oparcia dla człowieka, którego ojciec był niewierzący. Zamyka to więc działalność Kościoła tylko w obrębie wspólnoty opartej na tradycyjnej ciągłości kulturowej i pozbawia go możliwości dotarcia do ludzi spoza najbliższego kręgu czy parafii, a przecież im też trzeba głosić Ewangelię.

Sprawa staje się jeszcze trudniejsza, kiedy tradycyjny model społeczny jest nieustannie podmywany i coraz trudniej odwoływać się do ciągłości kulturowej jako do podstawowego argumentu przemawiającego za wiarą. Przykładowo: słowom o potrzebie wierności tysiącletniej tradycji chrześcijaństwa w Polsce, skoro tak wiele wniosła do kształtowania naszej narodowości i państwowości, łatwo dziś przeciwstawić myśl, że nasza prawdziwa tożsamość kryje się w religiach prasłowiańskich, które zostały zniszczone przez ekspansywne chrześcijaństwo.

Jakkolwiek odrealniona jest taka konstatacja (raz z tego powodu, że nie ma już żadnej ciągłości z kulturą sprzed tysiąca lat, a dwa, że - co by o niej nie mówić - była dość prymitywna), to jednak fakt, że nawet w czasach PRL-u była nie do pomyślenia, a teraz znajduje, co prawda niezbyt licznych, zwolenników, jest dziś symptomatyczny. Podobnie jest z podnoszoną tu i ówdzie krytyką tradycyjnego prawa naturalnego, któremu dziś niektóre środowiska chcą przeciwstawiać ponowoczesną etykę.

Może się nam to nie podobać, ale trzeba zaakceptować fakt, że w społeczeństwie pluralistycznym bardzo łatwo zrywać najróżniejsze ciągłości kulturowe i coraz trudniej na te ciągłości się powoływać w obronie podstawowych dla nas wartości. W tej sytuacji coraz częściej mówi się o konieczności nowego podejścia do chrześcijaństwa, które ma się stawać nie tylko wiarą odziedziczoną po przodkach, ale chrześcijaństwem przyszłości, podjętym z osobistego wyboru.

Dopełnienie a nie opozycja

Taki sposób przeżywania chrześcijaństwa wcale nie stanowi opozycji dla katolicyzmu masowego czy ludowego. Nie domaga się też jego całkowitego przekreślenia. Tam, gdzie dawna religijność nadal dobrze funkcjonuje, należy ją wspierać i pielęgnować, kiedy jednak przestaje już wystarczać, pomyłką byłoby obrażanie się na rzeczywistość, zamiast szukania nowego, bardziej skutecznego stylu oddziaływania w nowych warunkach.

Na niebezpieczeństwo takiego błędu pośrednio zwraca uwagę Benedykt XVI, który w zapowiadającym Rok Wiary liście apostolskim Porta fidei zauważa: „Zdarza się obecnie dość często, że chrześcijanie bardziej troszczą się o konsekwencje społeczne, kulturowe i polityczne swego zaangażowania, myśląc, że wiara wciąż jest oczywistą przesłanką życia wspólnego. W rzeczywistości założenie to nie tylko przestało być oczywiste, ale często bywa wręcz negowane. Podczas gdy w przeszłości możliwe było uznanie, że istnieje jednorodna tkanka kulturowa, powszechnie akceptowana w swym odniesieniu do treści wiary i inspirowanych nią wartości, to obecnie wydaje się, że w znacznej części społeczeństwa już tak nie jest, z powodu głębokiego kryzysu wiary, który dotknął wielu ludzi”.

W sytuacji kryzysu wiary nie sposób ograniczyć się tylko do propagowania samych praktyk religijnych albo troski o społeczną, kulturową czy szeroko rozumianą polityczną obecność Kościoła (choć tego też nie wolno zaniedbywać!), ale trzeba zejść niżej i zacząć pracę u podstaw nad dojrzałym kształtem wiary. Należy bowiem mieć świadomość, że obok wiary kulturowej istnieje także inny sposób jej przeżywania domagający się nowych sposobów jego aktualizacji. Stanowi on dalsze stadium religijności, które przez to, że nieco inaczej stawia akcenty, jest bardziej dostosowane do współczesnych przemian oraz skuteczniejsze w docieraniu do ludzi usytuowanych nieco dalej od Kościoła, zwłaszcza młodych.

Ciekawe, że ten sposób przeżywania lepiej koresponduje z początkami chrześcijaństwa, bo przecież startowało ono jako opozycja, najpierw w stosunku do rodzimego, silnego kulturowo judaizmu, a następnie do całej otaczającej go kultury śródziemnomorskiej z jej grecką filozofią i rzymskim porządkiem prawnym. Stąd już na samym początku wypracowało styl, który doskonale sprawdzał się w takich, na pierwszy rzut oka bardzo niesprzyjających warunkach. W tamtej sytuacji przyjęcie chrześcijaństwa nie było jedynie efektem zachowywania ciągłości kulturowej, gdyż jeszcze jej nie było, ale postawy bardziej ekspansywnej, która dopiero tę kulturę zaczynała tworzyć.

Podstawową prawdą głoszoną kandydatom na chrześcijan był tzw. kerygmat. Od zawierzenia temu przekazowi zależało to, czy wchodzili oni na drogę duchowości chrześcijańskiej, czy też nie.

Kerygmat św. Piotra

Pierwszą tego typu wypowiedź znajdujemy w Dziejach Apostolskich, kiedy Piotr po zesłaniu Ducha Świętego zwraca się do Żydów słowami: „Mężowie izraelscy, słuchajcie tego, co mówię: Jezusa Nazarejczyka, Męża, którego posłannictwo Bóg potwierdził wam niezwykłymi czynami, cudami i znakami, jakich Bóg przez Niego dokonał wśród was, o czym sami wiecie, tego Męża, który z woli postanowienia i przewidzenia Bożego został wydany, przybiliście rękami bezbożnych do krzyża i zabiliście. Lecz Bóg wskrzesił Go, zerwawszy więzy śmierci, gdyż niemożliwe było, aby ona panowała nad Nim... Tego właśnie Jezusa wskrzesił Bóg, a my wszyscy jesteśmy tego świadkami. Wyniesiony na prawicę Boga, otrzymał od Ojca obietnicę Ducha Świętego i zesłał Go... Niech więc cały dom Izraela wie z niewzruszoną pewnością, że tego Jezusa, którego wyście ukrzyżowali, uczynił Bóg i Panem, i Mesjaszem” (2,22-24; 32-33; 36).

Już na podstawie tego krótkiego tekstu widać podstawową treść kerygmatu pierwszego papieża. Otóż Piotr, który przez trzy lata chodził z Jezusem, teraz daje świadectwo wiary w to, iż jego Mistrz został posłany przez Boga, aby zbawić swój lud. Stwierdza przy tym, że Jego misja była potwierdzana licznymi nadprzyrodzonymi znakami (których Piotr był świadkiem) jeszcze za życia Jezusa. Po męce i śmierci na krzyżu Bóg wskrzesił swego Syna i wyniósł na swoją prawicę, skąd wylał Ducha Świętego na lud. Wszystko to jest dla Piotra znakiem, że Bóg właśnie Jezusa uczynił Panem i Zbawicielem, stąd prosi wszystkich słuchaczy o uznanie tego faktu.

Piotr zwraca się w pierwszym rzędzie do Żydów, bo oni czekali na Mesjasza i byli pierwszymi dziedzicami Bożej obietnicy zwartej w Starym Testamencie. Bez przeszkód można więc było skorzystać z całego kulturowego dziedzictwa judaizmu, aby dodać do niego jeden nowy, ale jakże istotny element: Mesjasz już przyszedł i oddał życie za swój lud, wykupując go spod władzy grzechu.
Słuchacze orędzia Piotra byli bardzo poruszeni jego mową: „Gdy to usłyszeli, przejęli się do głębi serca: «Cóż mamy czynić, bracia?» - zapytali Piotra i pozostałych Apostołów” (2,37). Widać zatem kolejną cechę kerygmatu, który zwykle budzi żywą reakcję i spontaniczne pragnienie udzielenia osobistej odpowiedzi na usłyszane orędzie.

Na takie słowa można oczywiście odpowiedzieć negatywnie, ale nie sposób pozostać wobec nich obojętnym. Pytanie Żydów: „Cóż mamy czynić?” świadczyło o ich pozytywnej reakcji. Piotr udzielił im następującej odpowiedzi: „Nawróćcie się i niech każdy z was ochrzci się w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a weźmiecie w darze Ducha Świętego. Bo dla was jest obietnica i dla dzieci waszych, i dla wszystkich, którzy są daleko, a których powoła Pan Bóg nasz” (2,37-39). W świetle tych słów wejście na drogę chrześcijaństwa rozpoczyna się od nawrócenia i chrztu (w tej właśnie kolejności), które w swej istocie oznaczają osobiste przyjęcie ofiary, jaką Jezus złożył za moje grzechy, chcąc mnie zbawić. Dochodzi do tego akt przyjęcia Ducha Świętego, który odtąd ma mnie prowadzić przez życie, aby było one zgodne z Bożą wolą.

Dzieje Apostolskie ukazują sukces ewangelizacyjny Piotra: „Ci więc, którzy przyjęli Jego naukę, zostali ochrzczeni. I przyłączyło się owego dnia około trzech tysięcy dusz” (2,41). Warto jednak zwrócić uwagę na to, że zostali ochrzczeni tylko ci, którzy najpierw przyjęli naukę Chrystusa, a więc dali jej wiarę.

Kerygmat św. Pawła i innych

Piotr nie był jedyną osobą w historii Kościoła, która głosiła kerygmat. Po nim ruszył św. Paweł. Ten, który wcale nie znał Jezusa za Jego ziemskiego życia, po spotkaniu ze zmartwychwstałym Jezusem pod Damaszkiem stał się Jego gorliwym świadkiem. W dodatku swoje apostolskie powołanie odczytał jako posłanie przede wszystkim do pogan. Jego zasługą było, że Kościół pierwotny, w początkowej fazie istnienia złożony wyłącznie z Żydów, pozwolił na to, by nawróceni z pogaństwa chrześcijanie nie musieli najpierw wdrażać się we wszystkie obyczaje żydowskie, ale swoją religijność oparli jedynie na żywej relacji z Jezusem. Kerygmat Pawła można streścić jednym zdaniem z Pierwszego Listu do Koryntian: „Chrystus umarł - zgodnie z Pismem - za nasze grzechy, został pogrzebany, zmartwychwstał trzeciego dnia zgodnie z Pismem, i ukazał się Kefasowi, a potem Dwunastu” (15,3b-5). Skoro Jezus przez swoją śmierć wykupił nas spod władzy grzechu, nie musimy już zasługiwać na zbawienie przez realizację Prawa Mojżeszowego, ale wystarczy przyjęcie ofiary Chrystusa za nasze grzechy, co wiąże się z uznaniem Jego jurysdykcji nad całym naszym życiem: „Jeżeli więc ustami swoimi wyznasz, że JEZUS JEST PANEM, i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg Go wskrzesił z martwych - osiągniesz zbawienie. Bo sercem przyjęta wiara prowadzi do usprawiedliwienia, a wyznawanie jej ustami - do zbawienia” (Rz 10,9). Taki akt wiary wiąże się oczywiście z przemianą życia, ale jest ona konsekwencją uznania Jezusa za Pana i Zbawiciela, a nie stanowi tylko wyniku naszego ludzkiego wysiłku podejmowanego, aby zasłużyć na bliskość z Bogiem.

Potem każda epoka przynosiła nowych świadków Jezusa, którzy swoją działalność ewangelizacyjną rozpoczynali od głoszenia kerygmatu. W Polsce po II Soborze Watykańskim tego typu ewangelizacja dokonywała się najpierw dzięki Ruchowi Światło-Życie, a następnie dzięki Odnowie w Duchu Świętym, Neokatechumenatowi i innym ruchom odnowy Kościoła, a ostatnio przez dynamicznie rozwijające się Szkoły Nowej Ewangelizacji. Jest to odpowiedź na problem współczesnych chrześcijan, którzy chrzest najczęściej przyjmowali jako niemowlęta, toteż nic nie można było jeszcze powiedzieć o ich wierze.

Deficyt żywej wiary

Zwyczaj chrztu niemowląt, funkcjonujący w Kościele od jego początków, a z czasem, na Soborze Trydenckim utrwalony i obwarowany nawet groźbą anatemy dla osób, które go negują, dobrze sprawdzał się w przypadku rodziny, która gwarantowała pogłębione chrześcijańskie wychowanie (jak było w czasach pierwotnego Kościoła), albo w sytuacji silnego katolicyzmu kulturowego, który sprawiał, że człowiek przesiąkał prawdami ewangelicznymi za pośrednictwem kultury. W obu przypadkach zakładano, że wiara zostanie przekazana dziecku w chrześcijańskiej rodzinie. Do niedawna ta jej funkcja była dobrze realizowana.

Trudności w przekazywaniu wiary w rodzinie spowodowane wspomnianymi wcześniej zjawiskami narastają, jeśli samym rodzicom brakuje doświadczenia wiary - wtedy przez różne zabiegi wychowawcze mogą najwyżej przekazać poczucie powinności co do pewnych praktyk religijnych, ale nie żywą wiarę, która domaga się wolnej odpowiedzi każdego człowieka na propozycję zbawienia, jaką daje Jezus. Oczywiście nie jest źle, jeśli dziecko wychowywane jest do praktyk religijnych, ale jeśli zabraknie mu pogłębienia, a przede wszystkim osobistego ustosunkowania się do Jezusowej oferty zbawienia, może z czasem - najczęściej w wieku kilkunastu lat - porzucić praktyki religijne, jak wiele innych „nieżyciowych” rodzicielskich zaleceń.

Przejawem tego deficytu jest coraz bardziej dziś widoczny problem z sakramentem bierzmowania - dla wielu młodych ludzi zamiast być momentem autentycznej inicjacji w dojrzałe chrześcijaństwo staje się oficjalnym pożegnaniem z Kościołem. Wprawdzie młodzi potrafią jeszcze na jakiś czas zmobilizować się, aby „upolować” odpowiednią liczbę wpisów w indeksie potwierdzającym udział w mszach i nakazanych nabożeństwach, ale tuż po sakramentalnym namaszczeniu przez biskupa na wiele lat porzucają jakiekolwiek praktyki, bo nikt nie wprowadził ich w misterium żywej wiary. Przestają one być potrzebne, skoro został uzyskany kolejny papier, który może okazać się przydatny w przypadku pragnienia zawarcia np. ślubu kościelnego... To jeszcze jeden przykład, jak chrześcijaństwo kulturowe bez pogłębienia stopniowo przeradza się w czysty formalizm, który w efekcie drastycznie zaprzecza istocie i sensowi jakichkolwiek znaków sakramentalnych i liturgicznych.

W tych warunkach tylko ponowne głoszenie kerygmatu może być jedyną sensowną odpowiedzią na proces, w którym praktykujący-niewierzący powoli dryfują w kierunku zerwania jakiejkolwiek widzialnej więzi z Kościołem. Być może właśnie temu ma służyć ogłoszony przez Benedykta XVI Rok Wiary, który rozpoczyna się 11 października 2012 roku.

    NIEDZIELA  -  25.01.2015  -  III ZWYKŁA
          08:00 Dziękczynno błagalna, przez wstawiennictwo Aniołów Stróżów o potrzebne łaski dla Ksawerego  
                      Surma z okazji 2 rocznicy urodzin
          10:30 Za + Piotra Jankowicz, + Aleksandra Kanię w rocznicę śmierci oraz ++ z rodziny


     PONIEDZIAŁEK 26.01.2015  -  Świętych biskupów Tymoteusza i Tytusa
                      Poza Parafią: Za + Leszka Janus (od chrześniaka Wiesława z żoną z Jodłówki)


     WTOREK  -  27.01.2015  -  Bł. Jerzego Matulewicza, biskupa
                      Poza Parafią: Za + Leszka Janus (od Jurka i Barbary Błąkała z Jodłówki)

     ŚRODA  - 28.01.2015  -  Św. Tomasza z Akwinu, prezbitera i doktora Kościoła
                      Poza Parafią: Za + Leszka Janus (od Czesława i Marii Staszak z Chomranic)

    CZWARTEK  -  29.01.2015  -  Dzień powszedni
                      Poza Parafią: Za + Leszka Janus (od rodziny Warkocz z Jasienia Brzeskiego)

    PIĄTEK  -  30.01.2015  -  Dzień powszedni
                       Poza Parafią: Za + Leszka Janus (od Krystyny i Tadeusza Studzińskich z Łososiny Dolnej)
        

    SOBOTA  - 31.01.2015  -  Św. Jana Bosko, prezbitera
                       Poza Parafią: Za + Leszka Janus (od Jadwigi i Kazimierza Bednarek z Kątów)

    NIEDZIELA  -  01.02.2015  -  IV ZWYKŁA
          08:00 Za ++ Alfreda Zborowskiego i Krzysztofa Gawdun w rocznicę śmierci oraz ++ z rodziny
          10:30 Dziękczynno błagalna o potrzebne łaski dla Janiny i Wiesława Klag z okazji 40 rocznicy ślubu
                      oraz o potrzebne łaski dla Wiesława i córki Małgorzaty z okazji 40 rocznicy urodzin
OGŁOSZENIA PARAFIALNE
 
1. Świętujemy dziś III Niedzielę zwykłą.

2. Do sakramentu pokuty zapraszam od poniedziałku do soboty, 30 minut przed rozpoczęciem Mszy św.

3. W zakrystii można nabyć Gościa Niedzielnego. W dzisiejszym numerze m.in. czym jest i jak działa tzw.
     Pigułka „dzień po”, o której zrobiło się głośno za sprawą Ministerstwa Zdrowia, które planuje dopuścić ją
     do sprzedaży bez recepty. Dla dzieci Mały Gość Niedzielny, a w nim najnowsza płyta Arki Noego.

4. W tym tygodniu nie będzie sprzątania kościoła. Dziękuję następującym rodzinom za posprzątanie: Bajor,
     Gawron, Nawalany, Duszyński i Klag.

5. W tym tygodniu, w czasie mojej nieobecności, jeżeli będzie taka potrzeba, proszę zgłosić się do
     P. Stefana Jankowicza, który poinformuje mnie o jakiejkolwiek sytuacji lub poprosić o posługę  
     duszpasterską kapłanów z sąsiednich Parafii.



HISTORIA KOŚCIOŁA -  WATYKAN
PRAKTYKUJĄCY (NIE)WIERZĄCY
BOSKIE SŁOWA
„Głos Ojca Pio” [77/5/2012]
Anna Bierska
PANORAMA KOŚCIOŁA
OGŁOSZENIA PARAFIALNE
GALERIA ZDJĘĆ
PARAFIA STARY LAS 2015 - WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE